Prawo jazdy

Prawo jazdy

Historia rozpoczyna się w pewien ciepły, letni dzień, w który postanowiłam że już najwyższa pora zapisać się na kurs prawa jazdy. Nie myśląc wiele wybrałam się do najbliższej szkoły jazdy, którą mijałam po drodze na trening do klubu fitness. Przecież nie będę tracić czasu na dojazdy, jak mogę się uczyć tuż pod domem ;-) Zmotywowana, pełna energii podpisałam umowę i rozpoczęłam kurs.

1. Teoria

Szału nie było. Ale przecież moim celem jest zdanie egzaminu, a że nie wiem co oferują inne szkoły (tak, nie odrobiłam zadania domowego) to zadowolę się wszystkim. Podczas zajęć prowadząca jednym tchem recytowała formułki, czasem przerywając by zadać kursantom jakieś pytanie lub narysować coś na tablicy. Ja – przykładny kursant – skrupulatnie notowałam wszelkie informacje i przerysowywałam obrazki, czasem udzielając się w dyskusji. Plus był taki, że tematy leciały “w kółko”, można więc było zacząć kurs prawie w dowolnym momencie i nie trzeba było robić tematów po kolei. Taka elastyczność w dobieraniu terminów była mi bardzo na rękę. Trochę brakowało przykładowych testów, ale za takowe trzeba było dodatkowo zapłacić, więc stwierdziłam że sama sobie poradzę bo kto jak nie ja ;), znalazłam odpowiednią aplikację na telefon, wykupiłam dostęp i uczyłam się na własną rękę.

2. No to jazda

Czas umówić się na pierwszą jazdę. To jeszcze nie było specjalnie trudne. Pierwsze spotkanie: instruktor – starszy pan, ewidentnie znudzony swoją pracą i życiem. Zaczynamy od zasad: jeżeli nie mam z góry opłaconego całego kursu, to mam pilnować aby jazdy były opłacone zanim wsiądę do auta, “bo przecież nie będę robił za darmo”. Ok, zgadzam się. Tylko gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się pierwsza czerwona lampka: widzimy się pierwszy raz, nie znasz mnie, dlaczego z góry zakładasz że mam zamiar cię oszukać?

Czas na pytania: – Czy możemy się umawiać codziennie lub co drugi dzień? Chciałabym jak najszybciej ukończyć kurs i podejść do egzaminu. – Chyba pani żartuje. Instruktorów mało, kursantów dużo, jeszcze co chwila wskakują ci co zapłacili za dodatkowe lekcje. Powinna się pani cieszyć, jeśli uda się raz w tygodniu. 
Kolejne lekcje: zaczynamy od wypełniania papierów i rutynowego już pytania czy aby na pewno zapłaciłam i możemy jechać (czas trwania: około 15 minut). Ustawiamy samochód na łuku i radośnie jeżdżę sobie do przodu – do tyłu, instruktor się praktycznie nie odzywa, bo przecież “praktyka czyni mistrza” i mam sama załapać o co w tym chodzi (czas trwania: między 30 a 45 minut). Hurra! Wreszcie wyjeżdżamy na miasto! Entuzjazm szybko opada, gdy odstajemy w korku kolejne minuty, dojeżdżamy w okolice Kazimierza lub Huty (to akurat plus) i pora wracać bo kończy się lekcja. Wracamy jakieś 10 minut przed czasem (zawsze pozostawiony zapas na korek, żeby przypadkiem nie przeciągnąć). Koniec lekcji. Im bliżej końca kursu, tym więcej uszczypliwych uwag w moją stronę i wytykania błędów, a mniej nauki. Gdzieś w okolicach 26 godziny słyszę że do egzaminu to mnie na razie nie dopuści, bo słabo mi idzie i jeszcze co najmniej kolejne 20-30 godzin muszę dokupić, wtedy zaczniemy się faktycznie uczyć. Prosto z samochodu po zakończonej lekcji poszłam do biura i odebrałam dokumenty.

3. Czas na zmianę

Wracając do domu zadzwoniłam do brata i płacząc mu w słuchawkę opowiadałam jak to strasznie mnie potraktowali. “Mam kolegę instruktora, zresztą ty też go znasz. Zadzwoń, może ci pomoże”. Pomógł. Skorygował wszystkie błędy, jakich nabyłam z poprzednim instruktorem, cierpliwie wyjaśnił co i jak. Bezboleśnie przygotował do egzaminu, podczas którego czułam się pewnie i wiedziałam że niewiele może mnie zaskoczyć.

4. Wnioski

O czym mówi ta historia? Po pierwsze: przygotowanie. Gdy zaczynasz projekt – zrób research. Przypadek nie może zadecydować o twoim wyborze (już samo wpisanie nazwy szkoły w wyszukiwarkę wystarczyło by wyskoczyła cała gama opinii i informacji dlaczego należy ich omijać szerokim łukiem). Zatem gdy się za coś zabierasz, szukaj, sprawdzaj informacje, zanim „wtopisz” swój czas, pieniądze i inne zasoby. Po drugie: nastawienie. To, jak widzisz świat jest często odbiciem twojego wnętrza. Gdy spotkasz kogoś, kto wszędzie widzi oszustów i mówi o tym, jak to każdy chce go wyrolować – nie spodziewaj się, że Ciebie będzie traktować inaczej. Po trzecie: reakcja. Jak pisze Tina Seelig w swojej książce “What I wish I knew when I was 20”: “Często zbyt długo przebywamy w sytuacjach bez wyjścia… mając nadzieję, że się poprawi.” (Więcej o książce możesz przeczytać w jednym z naszych poprzednich wpisów). Gdy kolejno zapalają się czerwone lampki w twojej głowie i widzisz, że wciąż stoisz w miejscu – nie oszukuj się, że zaraz będzie lepiej – prędzej spodziewaj się katastrofy i uciekaj czym prędzej. I po czwarte: raz jeszcze o przygotowaniu. Pamiętaj że zawsze “najciemniej pod latarnią” – swoje poszukiwania zacznij od analizy swoich zasobów. Zanim podejmiesz decyzję przeszukaj swoje otoczenie. Zapytaj rodzinę, przyjaciół znajomych – czy nie spotkali się z podobnym problemem z jakim chcesz się zmierzyć. Być może na samym wstępie odwiodą cię od pomysłu, który skończyłby się ślepym zaułkiem. Albo podpowiedzą najprostsze rozwiązanie, które w samotności nie przyszłoby ci do głowy…

 

 

 

Nie bądź taki, podziel się!
Share on Facebook
Facebook
Share on Google+
Google+
Tweet about this on Twitter
Twitter
Pin on Pinterest
Pinterest
Share on LinkedIn
Linkedin
Email this to someone
email

Prześlij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *